Klaster kontra lekarze specialiści

Tytuł nie oddaje problemu. Mieszkam w UK, w Anglii. Jest tutaj tak, że jeśli dostaniesz się do lekarza specjalisty np do dentysty, i dwukrotnie nie przyjdziesz na umówione spotkanie to wyrzucają ciebie z danej przychodni. Bardzo to uprościłem ale mniej więcej tak to działa i dobrze. “Puste” wizyty to marnotrawienie pieniędzy publicznych, powinno się z tym walczyć.

Jest jednak sporo dolegliwości które uniemożliwiają wywiązanie się z konieczności uczestnictwa w umówionym spotkaniu. Klaster ma ataki które są nieprzewidywalne, niby są stałe pory dnia, ale to klaster, on ma wszystko w dupie a już najbardziej nasze zobowiązania. Tak straciłem pracę, nie mogłem zagwarantować nawet z dnia na dzień mojego przyjścia na zmianę. Umawiam się też do lekarzy specjalistów, nefrolog wykopał mnie z listy pacjentów przychodni gdyż dwa razy bez odpowiedniego wyprzedzenia nie dotarłem na umówioną wizytę, miałem ataki. Poprosiłem więc mojego GP o odpowiedni list który ma mi pomóc ominąć wiążące mnie ograniczenia.

Radzę wam to samo. Jeżeli jesteście chronikami, klaster was nie odstępuje, to poproście lekarza aby do każdego skierowania do specjalisty, dołączył odpowiedni list informujący innych lekarzy o klasterowym problemie. W szczególności o możliwych problemach w stawianiu się na umówione wizyty.

Tak wygląda list od mojego GP:GP letter to specialists.

W 100% rzucie!

Oto ona: JESIEŃ. Piękna, kolorowa, pachnąca zbliżającą się zimą jesień. Jesieniu! Ty dziwko! Dlaczego przynosisz klasterowe gówno? Rok w rok, nie znudziło ci się jeszcze?

Klaster to niewdzięczne cholerstwo. Ile by z nim nie żyć, ile by go nie poznać, i tak zawsze jest górą. Ileż ja już tutaj próśb to społeczności wystosowałem nawołując do rozsądku w walce z tym demonem. Ileż pisałem o niebezpieczeństwie nadużywania sumatriptanu? Zmarłem raz, tak na serio zmarłem, bo walczyłem z klasterem. Nic mnie to nie nauczyło, NIC. Od kilku tygodni, każdego świtu przychodzi do mnie, jest podły, jest upierdliwy, jest sobą. Każdego dnia zanim nastanie ranek, ja jestem zesrany ze strachu, strachu przed atakiem gigantem. Jeszcze go nie było, ale wiem że przyjdzie, i to nie raz. Rzut jesienny skończy się dopiero gdy zima będzie w zaawansowanym kalendarzowym stadium. Strach przed upodlającym bólem popycha mnie codziennie do ryzykowania własnym życiem, do ryzykowania spójnością mojej najbliższej rodziny. Sumatriptam zapodaję garściami i igłami bez opamiętania. W kilka godzin wyrabiam dawkę na dwie doby! Przestaje połykać kolejne tabletki dopiero gdy już mam przed oczami mroczki lub gdy lekko zaczynam tracić oddech. Nie jest to mądre, to jest głupie i nieodpowiedzialne. Tlen praktycznie zamawiamy każdego tygodnia, zużycie wszystkiego w porównaniu do 3 miesięcy wstecz wzrosło chyba o 500%. Kilka dni temu, tak z ranka, zanim moje dzieci wyszły z domu by udać się do szkoły, zawołałem żonę do sypialni. Wyobraźcie to sobie, ona wchodzi a ja ja informuję “właśnie się zabiłem”. Sumatriptan mną pozamiatał, prawie pozamiatał, wystraszyłem się. Nie dość że mroczki setki białych pełzających punktów, kłopot z oddychaniem, nie tyle kłopot co uczucie niedotlenienia, ciemniejące światło w polu widzenia, nabrałem pewności że trace przytomność. Przez kilkanaście minut byłem niemal w 100% pewien że za moment dopadnie mnie zawał albo udar z niedotlenienia. W ciągu 8 godzin zrobiłem dawkę na 3 doby. Jak już nie raz, poprzysiągłem że nigdy więcej i oczywiście szybciuteńko tą przysięgę złamałem. Dlaczego tak to działa? Dlaczego ten strach przed bólem jest w zasadzie silniejszy i bardziej niebezpieczny jak sam ból?

Rzut panie. Na razie jeszcze nie naużywam opiatów, ale wiem jak to się skończy, jak co jesień :-(.

Jesienny rzut, początek mojej corocznej drogi krzyżowej.

Jesień, dla wielu z nas okres rzutu. Dlaczego jesień? Dlaczego również wiosna (przynajmniej u mnie)? Nie znam odpowiedzi.

Pogoda na zewnątrz piękna, zajebista wręcz, słonko, wicherek, ptaszki, piękne kolory. Chyba opanowałem poranny atak, w zasadzie całą ich serię. Nie było źle, tlen dał radę, dwa zastrzyki, nawet za bardzo nie lałem łez. Mimo iż odpuściło to oko wciąż boli, tak na 4, może góra 5, więc luzik. Zapodałem w tabletce 150mg sumatriptanu, czyli już od 8 rano do teraz (13.10) zużyłem 150% dobowej dawki, a jeszcze wieczór przede mną. Neurolog mój twierdzi że 1,5x dobowej dawki nie jest groźne i mam na to pełne przyzwolenie. Gdy mu powiedziałem że czasem (po prawdzie dość często) zapodaję nawet ponad 2x (4 zastrzyki + 100mg tabletka) i to nie rozłożone na całą dobę, a na 12 godzin, to nie ujrzałem aprobaty w jego oczach. Poradził żeby tego unikać, ryzyko zawału serca i/lub udaru mózgu znaczne, może nie po jednorazowej takiej jeździe, lecz jednak istnieje. Proponował po takiej dawce odpocząć od sumatriptanu przynajmniej 24 godziny, oraz zaznaczył że on temu nie włączy zielonego światła. Mój lekarz dostał pismo w którym neurolog zezwala na wystawienie recept z sumatriptanem miesięcznych z dawką max 1,5 zalecanej. Czyli mam teoretycznie dostęp miesięcznie do 60 zastrzyków i 45 tabletek 100mg. To wystarcza w okres rzutu.

Kolejna…. śmierć, jesień, nadzieja

śmierć

Chciałem powrócić do regularnego pisania, lubię to. Nie miałem siły, tej psychicznej. Rozwaliło mnie kolejne samobójstwo klasterowicza. Kobieta przedawkowała, celowo, zostawiła męża z dziećmi. To było już ładnych kilka, może nawet naście tygodni temu. Nie chce mi się tego komentować, ale żal i kurwica w jednym miota mnie po dziś dzień gdy pomyślę o tej kobiecie. Nie ważne już, nie ma jej, ważne że dzieci teraz się zastanawiają jak mizerna musiała być jej do nich miłość. Pomyślcie o bliskich zanim zechcecie choćby pomyśleć o tym by samemu siebie zajebać na amen. Kurwa! To tylko ból, trochę łez, gilów z nosa i NIC WIĘCEJ!!!!!

jesień

Tak, jesień wystartowała, wraz z nią wystartował nowy sezon mojego demona :-). Nie mam grzybów, nie mam LSD, wjeżdżam w tą kolorową porę tylko z sumatriptanem i tlenem. Oczywiście że będzie dobrze. Przecież nie zabiorę dzieciom ojca, jak inni którzy samolubnie się poddali. Zmarłem już po części przez to gówno, nigdy więcej. To tylko ból, i ZAWSZE PRZECHODZI trzeba tylko przeczekać.

nadzieja

Świat medyczny coraz bardziej interesuje się psylocybiną i LSD. W UK w przyszłym roku startuje oficjalnie test medyczny w warunkach szpitalnych. Może nie na klasterowiczach, ale to nieistotne. Najważniejsze by wreszcie zalegalizowali grzyby i LSD do stosowania w celach leczniczych. Jeden z linków: //www.dailymail.co.uk/health/article-4871984/Magic-mushrooms-one-day-treat-depression.html

Demon zaatakował….. w kościele :-(

Niedawno miało miejsce pewne religijne wydarzenie w mojej rodzinie. Moje obie córki przystąpiły do Pierwszej Komunii Świętej. Jako że pojednałem się w ostatnim czasie z Bogiem, było to dla mnie ważne wydarzenie. Nie tylko dla mnie, dla nas wszystkich.

Msza, niestety nie pamiętam dobrze jej przebiegu, ale jest moment “przekazania znaku pokoju”. Atak Bestii, może nie błyskawiczny, bo już czekałem na to. Wyciągam rękę do człowieka obok, i już nie mogę spojrzeć mu w oczy, wyrywam rękę jak debil, innym nie podaję wcale choć wyciągają pojednawczą dłoń. Bestia napierdala, rozpędza się i rozrywa oko, pół mózgu się gotuje. To MSZA!!!!! Ludzie przyszli do kościoła porozmawiać z Bogiem, poczuć jego miłość, coś pozytywnego przeżyć. Przecież kurwa nie będę teraz darł ryja, zaciskam tylko zęby, zaciskam pięści, zwijam się w kłębek. Moje dzieci pierwszy raz w życiu dostępują zaszczytu “jedzenia Jezusa”, są przejęte, chcą żeby tato to widział. Jestem zwinięty, kiwam się, słyszę ceremonię, wiem że to właśnie ten moment. Łzy mi się leją z rozpaczy, dałem dupy jak zwykle, kurwa dałem dupy, nie sprawdziłem się, chuj ze mnie nie ojciec, nie patrzę, nie mam uśmiechu dumy na twarzy, ledwie udaje mi się skupić na tym by nie zacząć okładać się pięściami. Bestia przejęła kontrolę. Najbliższe moje otoczenie oczywiście że patrzy, pyta żony, ta odpowiada, msza w toku. Jak mam teraz wyjść? Ludzie przyszli na spotkanie z Bogiem, nie będę im zawracał głowy sobą, nie wyjdę chwiejnym krokiem, zwinięty w kulkę, obijając się o przeszkody, nie będę krzyczał. Powinienem zrobić ten jebany zastrzyk, dać Bestii kopa w ryj. Nie zdejmę koszuli, nie rozbiorę się spazmatycznie podczas ceremonii, nie pomogę sobie, moje dzieci mają Pierwszą Komunię Świętą!!!! Żona podaje mi pena, nalega żebym zrobił zastrzyk, chce mi pomóc. Warczę do niej jak pies, agresywnie, wstyd sytuacji niszczy mi psychikę, Bestia śmieje się szyderczo, jest na wygranej. Poddaję się całkowicie, nie słyszę już ceremonii, kiwam się się i jęczę, płaczę, przeżywam swój upadek. Gdy dociera do mnie że już koniec mszy ściągam koszulę, można ją wykręcać z potu, kapie z niej, robię zastrzyk. Nie mam siły ubrać się, zresztą mam już wszystko w dupie, ktoś przynosi wiatrak, ktoś podaje mi szklankę wody, wyłączają światła w świątyni żeby mi ulżyć. Płaczę upokorzony, czekam aż Bestia zgaśnie po wstrzykniętym sumatriptanie. Zaczynam wracać, żona pomaga mi ubrać koszulę, zapina mi guziki. Nie idę z moimi dziećmi na uroczysty poczęstunek, ale przychodzą do mnie od czasu do czasu się przytulić, spytać czy już lepiej.

Oto co moje córki zapamiętają z Pierwszej Komunii, ojca z atakiem klasterowego bólu głowy :-(. Jedyne co mnie pociesza to fakt, że lepsze pamiętać to niż np najebanego ojca. Tak czy siak Bestia skreśla na swojej ścianie kolejny sukces.

Wiem że wielu z was ma podobnie. Nasze upokorzenie to najsilniejsza broń Bestii. Ale rozmawiajcie o tym, rozmawiajcie, wyrzucajcie to z siebie, ten wstyd jest naturalny, to nie myśmy wybrali Bestię, to ona dopadła nas.

Następnego dnia odbieram telefon. Ksiądz, Father Bill pyta jak się czuję, czy już mi lepiej, przepraszam go łamiącym głosem, on mi dziękuje za to że byłem na tej mszy.

Młodsza córka w rozmowie z moją żoną wyraża ubolewanie że tato nie widział jej Komunii Świętej. Jo ma dopiero niecałe 8 lat, dałem dupy jak zwykle, Bestia pilnuje abym był miernym ojcem.

Trudne ataki

Tyle co pisałem o śmierci Aneeki, tyle co roniłem nad bólem jej rodziny łzy, tyle co wspominałem swoje zejście.

Ostatniej nocy Bestia pokazała mi że wciąż jest ze mną, przypomina mi o tym codziennie, lecz tej nocy po raz kolejny wystawiła mnie na próbę. Nie był to najsilniejszy atak, 8 w porywach 9 punktów, był natomiast niezwykle upierdliwy, agresywny, podły. Miażdżenie oka, wykręcanie całej strefy klastera aż za uchem i w uchu, jak nigdy u mnie potok łez, potok z nosa, kopanie po nerwach, oko trzeszczało mi w szwach. Zaledwie trzy i pół godziny, jednak nie dałem rady, poddałem się. W ciągu trzech godzin połknąłem 350mg sumatriptanu i zrobiłem jeden zastrzyk. W tej chwili gdy to piszę wciąż latają mi mroczki przed oczami, przesadziłem nieco, może nawet i bardzo. Nie ma się co oszukiwać, przegrałem tej nocy, wystawiłem na ryzyko własne życie! Nie chciałem budzić żony, sama miała migrenę, spała. Byłem sam na sam z Bestią. Wiedząc doskonale jakie zagrożenie niesie ze sobą przedawkowanie sumatriptanu, zapodałem dawkę dla słonia, owszem szczupły nie jestem, ale serce mam podobnej wielkości jak inni. Mogłem dostać zawału serca lub/i udaru mózgu.

Po co ten wpis? By prosić was klasterowcy, NIE RÓBCIE TAK!!! Zbyt wielkie ryzyko, a to de facto tylko ból, wystarczy przeczekać. Nie udawajcie przed waszymi rodzinami że nic się nie dzieje, nie uciekajcie w nocy z bólem do łazienek, piwnic, garażów, pustych kuchni. Nie róbcie tak! Nie róbcie kilku zastrzyków w tak krótkim czasie jak jeden atak, nie połykajcie garściami sumatriptanu, nie róbcie tak. Sumatriptan to laboratoryjnie uzyskany tryptan bardzo silnie obkurczający naczynka włosowate, zwłaszcza te w obszarze całej głowy i mięśnia sercowego. Sumatriptanem można udusić własny mózg! Niedotlenione serce może się zbuntować! Nie uciekajcie w nocy z atakiem przed waszymi bliskimi. Rozumiem że kolejny spektakl za każdym razem jest bardziej dla nas żenujący. Lecz pomyślcie, czy walcząc samotnie z Bestią macie na celu odebranie rodzinie samego siebie? Ryzykując zawał czy udar, świadomie ryzykujecie pomniejszenie stanu osobowego waszej najbliższej rodziny? Nie, znam to z autopsji. My chcemy niezauważenie sobie z tym poradzić, zamknąć się w kloszu odizolowania i nie robić kolejnego show. To naturalny odruch poczucia bycia gorszym albo przynajmniej innym jak reszta, naturalny wstyd bycia społecznie i rodzinnie bezużytecznym, naturalny dyskomfort bycia ubezwłasnowolnionym przez Demona w głowie. Znam to, czuję to, przeżywam to, rozumiem to. Te poczucie bycia gorszym jest BEZWARUNKOWE, a to oznacza że to nie wstyd wynikły naszym życiowym zaniedbaniem, to odruch prosto z DNA, tak jest i kropka.

Dlatego na Boga zaklinam was! Obudźcie najbliższych, nie pomogą z samym bólem, ale przejdziecie przez to razem. Najbliżsi to nie przechodnie z miasteczka, już się nie gapią na sensacje, oni są z nami, cierpią z nami, wiedzą co to jest razem z nami i znają obecność Bestii razem z nami. Nie zaproponują paracetamolu, nie będą dzwonić na pogotowie, nie zrobią nic głupiego. Od tego oni do cholery są!!! To ich zasrany obowiązek pomóc nam, nie wstydźcie się żądać od nich pomocy. Rodzina to organizm gdzie wszyscy mamy jakąś rolę do odegrania i wszyscy musimy o swoją kondycję jakoś wzajemnie dbać. Gdy my w ataku zaczniemy szwankować sięgając po kolejną już niebezpieczną tabletkę to oni zareagują.

Róbmy wszystko co w naszej mocy, by Aneeka była już ostatnią ofiarą Bestii. Nie pozwólmy Demonowi odebrać rodzinie nas samych. Tak nam dopomóż Bóg.

RIP Aneeka

2 czerwca 2017, był bardzo smutnym dniem dla naszej społeczności chorych na KBG. Nasza klasterowa siostra odebrała sobie życie, Demon KBG zwyciężył. 

3 czerwca o godzinie 8:13 Ainslie Course opublikowała na fb następujący post:
I am paying tribute to a young woman from the UK who took her own life yesterday because of cluster headaches , known as ” suicide headaches “

Although I never met her, her death has hit our worldwide CH family very hard.
I pay tribute to her bravery in dealing with this debilitating disease and I feel sad and angry that she did not receive the help and support she needed.
It is SO much more than ” just a headache “

#suicideheadaches#nocure #

Aneeka Dodwell ( Neekz ) , fly high , you are now out of your pain. ??

Pomódlmy się za nią, niech bramy Niebios będą dla niej stały otworem. Pomódlmy się aby wszyscy tam, włącznie z samym Bogiem zrozumieli, że nie było to samobójstwo, niech ujrzą prawdę. Taki koniec niesie przegrana walka z Klasterowym Demonem zamieszkującym nasze głowy. Pomódlmy się za nas wszystkich, by już nikt o nikim nigdy więcej nie musiał takiego posta publikować. Pomódlmy się o to byśmy zawsze znaleźli w sobie na tyle siły, by mu się oprzeć.

Aneeka, spoczywaj w pokoju.

.

.

.

Miałem o tej śmierci napisać od razu gdy tylko się dowiedziałem. Nie mogłem, zabrakło mi odwagi. Dławiło mnie w gardle, oczy puchły od łez. Płakałem tak by nie widziała tego moja rodzina. Śmierć Anneki to również moja śmierć. Nigdy jej nie spotkałem choć była naszą siostrą. Przeżywam tą przegraną z bólem bardzo osobiście. 1 listopada 2014 roku, w jednym ze szpitali również przegrałem walkę, inaczej doszło do przegranej, ale efekt był ten sam. Gdybym nie dostał od Rzeczysamej kolejnej szansy, dzisiaj bym o tym już nie pisał, nie było by mnie tutaj. Rodzina straciłaby ojca i męża, trzy kobiety które kocham nad życie lały by zły smutku, a Demon z szyderczym uśmiechem zacierałby z radości swe parszywe łapska.

.

.

.

Nie mam z tym blogowym wpisem żadnego przesłania, żadnego morału, żadnego pouczenia czy prośby. Tylko smutek …

26 dni wolności, mega mega sukces :-)

Zdechło oficjalnie dzisiaj.

Dostałem ataku w miejscu publicznym, zwyczajny, taki z lekkim oklepywaniem się po głowie, kilkoma krzykami, kiwaniem, standard. Telefon do żony, ona do przyjaciela i transport do domu błyskawicznie zorganizowany. Wcześniej w pierwszej sekundzie zastrzyk, w domu pod tlen i już po 25 minutach po ataku :-), znaczy się mjodzio poszło.

Grzyb na 26 dni, cudownie wręcz. Ostatnie kilka dni owszem miałem już lekkiego cienia z rana, nawet zdecydowałem się na tabletkę. Nie ma się co oszukiwać, może łącznie 350mg sumatriptanu na prawie miesiąc to jest jakby nowe życie :-). Szkoda że nie da się tego zrealizować, przecież nie pójdę siedzieć tylko dlatego że chciałbym żeby mnie nie bolało, że chciałbym wrócić na łono społeczeństwa, że chciałbym wreszcie nie żyć z zasiłku, tylko dlatego że jest prosty lek, a jego przyjmowanie jest przestępstwem :-(.

Więc dajcie mi więcej zasiłku, więcej taniej wódki, więcej trujących uzależniających opiatów, dajcie mi zastrzyki za które płacicie kilka tysięcy polskich złotych miesięcznie, dajcie mi to wszystko. Ja w zamian za to nie będę nigdy ani uprawiał ani zbierał na łące grzybów, grzybów którymi zasłana jest każda łąka. Nie, nie będę raczył się naturą by móc normalnie żyć, pracować, płacić wam podatki, pomagać rodzinie, o nie, to nie wasz plan. Dlaczego to jest takie pojebane?! Wystarczy dla tej wąskiej grupy chorych zalegalizować LSD-25 i psylobicynę. Przecież dla mas zalegalizowane są całe tony innych narkotyków które nie leczą, alkohol, kofeina, nikotyna i inne wynalazki rujnujące zdrowie czy jak alkohol dodatkowo rujnujące całą rodzinę czy społeczność. Legalna jest morfina, inne ipioidy, bardzo silne narkotyki które mogą zabić, dla niepoznaki przez lekarzy nazwane środkami przeciwbólowymi i o zgrozo niekiedy nawet lekami.

Nie tylko ja wiem że lek istnieje, może nie lek, ale coś co daje możliwość normalnego życia. My nie potrzebujemy zasiłków, darmowych drogich leków, nie chcemy regularnych drogich badań, my nie chcemy obciążać aż tak systemu służby zdrowia. My nie musimy obciążać naszych organizmów i psychik tymi dziesiątkami leków nasercowych, innych specjalistycznych, psychoaktywnych. Nie ma potrzeby. Wystarczy trafna diagnoza oraz legalne dla nas LSD-25 i magic mushrooms, nic więcej. Marzenia ściętej głowy.

Dzień dziesiąty! Zaczynam marzyć.

Dziesięć dni (10!), to jest ponad tydzień, to jest jak sen, piękny sen. Od dziesięciu dni zero bólu klasterowego, ZERO, w zasadzie zero, nie licząc około razem do kupy jakiś może 15 minut straszenia. Bestia albo śpi albo wydygała. Tak ja nie mam nawet poza rzutem, oko boli mnie (poza tymi ostatnimi dniami) codziennie rano, codziennie od kilku lat zapodaję sumatriptam minimum 100mg dziennie, w rzucie nawet do 550mg, niezliczone ilości zastrzyków, tony strachu, łez, bólu i setki inhalacji tlenowych. Dziesięć dni bez bólu w rzucie! Zacząłem wczoraj marzyć jak to będzie kiedyś pięknie gdy nie będę czół oka np przez pół roku, albo jak cudnie będzie umierać bez klastera :-). Susz ma moc, to mój nie pierwszy raz, lecz tym razem działa wręcz czarodziejsko, Magic Mushroom to w pełni zasłużona nazwa.

Oczywiście jest pewien dyskomfort psychiczny. Trudno mi w to uwierzyć, 100x dziennie zastanawiam się co jest nie tak? Czy wszystko w porządku z moim okiem, nie czuję go. Te bez mała 10 lat z bólem non stop odcisnęło pewne piętno. Czuję się nieswojo, euforia radości raczej jest na dzień dzisiejszy bardziej udawana niż szczera. Muszę się cieszyć, nawet jeśli to zamknie się tylko w tych dziesięciu dniach, to i tak dostałem zajebisty prezent od Wszechmocnego, obrazą Rzeczysamej byłoby patrzeć na ten czas z niesmakiem. Więc padam na kolana, czynię dziękczynienie Panu i wiem że on rozumie mój niepokój. Co jeśli to jest tylko taka wersja demo tego co nigdy nie zostanie mi dane? Co jeśli jutro, czy nawet za chwile wszystko wróci? Pewnie złość we mnie podpowie mi że Rzeczysama tylko ze mnie zakpiła, bo w istocie jak inaczej pomyśleć jeśli tak się stanie? Na tą chwilę uśmiecham się i staram się tym cieszyć, nawet nie wiem gdzie leżą moje tabletki z sumatriptanem! Wczoraj wyszedłem z domu świadomie bez zastrzyków. Staram się udawać że jestem już normalnie normalny jak każdy inny normalny człowiek mijany na chodniku.

Nie czekam na bestię, jestem przygotowany na jej powrót, lecz nie wyglądam jej nadejścia. Tak mi dopomóż Bóg.

Grzyb (niestety) działa :-(

Rzut u mnie jak wspomniałem w poprzednim poście. Susz zadziałał. Jak na razie zażyłem 1 tabletkę sumatriptanu, a się okazało że i tak niepotrzebnie. Najbardziej przykre w naszej dolegliwości jest to, że pomagają tylko środki na całym chyba świecie uznane za nielegalne :-(. Cała nadzieja w badaniach nad odmianami LSD. Z tego co się orientuję, teraz naukowcy testują na klasterowiczach kolejną odmianę, jest nią pozbawiona efektów halucynogennych bromo2-LSD. Trzymam kciuki, krosuje fingersy, może kiedyś dostaniemy lekarstwo.